Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzeum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzeum. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 maja 2019

Muzeum Czarnobylskie w Kijowie. Ukraina

W Muzeum Czarnobylskim w Kijowie byliśmy 26 kwietnia - dokładnie w 33. rocznicę katastrofy z 1986 roku. Wprawdzie nie jest to nowoczesne, interaktywne muzeum, ale naprawdę warto je zobaczyć. W kilku salach zgromadzono około 7000 eksponatów, głównie dokumentów, map i fotografii. Nie są one opisane w j. angielskim, więc przydaje się tu znajomość ukraińskiego - chociaż niekoniecznie, bo eksponaty mówią same za siebie. 

Oprócz dokumentów można tu zobaczyć m.in. dozymetry (urządzenia służące do pomiaru promieniowania), kombinezony, maski gazowe, wyposażenie likwidatorów (osób, które dokonywały dekontaminacji: oczyszczania skażonych terenów), a także makietę reaktora nr 4, pokazującą jego przekrój. 

Do głównej sali prowadzą schody, nad którymi zawisły tabliczki z nazwami miejscowości, których nie znajdzie się już na żadnej współczesnej mapie - wiosek, które po katastrofie zostały wysiedlone. Część z nich dosłownie zniknęła z powierzchni ziemi - radioaktywne domy zostały zakopane w tzw. mogilnikach, zwierzęta hodowlane i domowe - rozstrzelane i również zakopane. 

Muzeum Czarnobylskie to zapis ogromnej tragedii. Tragedia ta dotknęła nie tylko ludzi, którzy zostali ewakuowani ze skażonych terenów i zmuszeni do pozostawienia swoich domów. To także katastrofa dla pracowników elektrowni (dwie pierwsze ofiary śmiertelne - Szaszenok i Chodemczuk - to właśnie pracownicy), dla strażaków gaszących pożar reaktora i umierających w męczarniach w moskiewskim szpitalu nr 6, dla likwidatorów myjących ulice i budynki Prypeci, zakopujących w ziemi domy, zwierzęta, drzewa, a nawet samą ziemię. 

O Czarnobylu napisano już grube tomy, nakręcono masę filmów, ale sama katastrofa nadal pozostaje czymś niezrozumiałym, nie do końca pojętym... Będąc w Kijowie, odwiedźcie koniecznie to miejsce (stacja metra: Kontraktowa Ploszcza), na pewno nie pożałujecie! 

poniedziałek, 18 lutego 2019

Egipt po wielkopolsku. Muzeum Archeologiczne w Poznaniu


Muzeum Archeologiczne w Poznaniu dysponuje ciekawą wystawą stałą "Śmierć i życie w starożytnym Egipcie", stworzoną ze zbiorów Muzeum Egipskiego i Zbiorów Papirusów w Berlinie oraz Państwowego Muzeum Sztuki Egipskiej w Monachium. 

Możemy tu zobaczyć ponad sto eksponatów, od niewielkich ozdób i posążków, przez zwoje papirusów i mumie zwierząt, do okazałych, pięknie zdobionych sarkofagów. Motywem przewodnim ekspozycji jest życie pozagrobowe.

Jednym z ciekawszych eksponatów jest umieszczony na dziedzińcu obelisk Ramzesa II - jedyny taki obelisk w Polsce. Dwutonowy obelisk mierzy obecnie 3 metry - jest niższy niż dawniej, ponieważ jego zwieńczenie jest uszkodzone. 

Obelisk znajdował się w miejscowości Tell Atrib, gdzie wraz z drugim takim obiektem (jego fragmenty są dziś eksponowane w muzeum w Kairze) był ustawiony przed świątynią boga -krokodyla Chneti-cheti. 

Na obelisku znajdują się inskrypcje poświęcone trzem faraonom: Ramzesowi II, Merenptahowi i Seti II. Prawdopodobnie Ramzes nakazał skuć z obelisku wcześniejsze napisy,  zastępując je swoim imieniem. Można ponadto zauważyć zatarte płaszczyzny - te powstały przez wymazanie imienia boga Setha, który - jako przeciwnik Ozyrysa - był postrzegany jako patron wrogów Egiptu i pomocnik najeźdźców. 

W Muzeum Archeologicznym możecie obejrzeć również inne wystawy stałe: "Archeologia Sudanu" oraz coś rodzimego: "Pradzieje Wielkopolski" oraz "Tu powstała Polska". Nie ukrywam jednak, że - moim zdaniem - największe wrażenie robi ekspozycja egipska. 

niedziela, 8 lipca 2018

Krzyże pokutne i inne kamienne skarby. Sobótka

W Sobótce (pow. wrocławski) znajdują się dwa krzyże pokutne. Pierwszy z nich o wymiarach 175 x 98 x 19 ustawiono na terenie lapidarium Muzeum Ślężańskiego przy ul. Św. Jakuba. Został tu przeniesiony w latach 50. z Proszkowic. Brak rytu.

Drugi krzyż pokutny znajdziecie w Sobótce Zachodniej, przy skrzyżowaniu ulic Skłodowskiej-Curie, Polnej i Granitowej. Krzyż typu maltańskiego, z rozszerzającymi się ramionami, ma wymiary 127 x 75 x 23. Brak rytu.

W muzealnym lapidarium można zobaczyć nie tylko krzyż pokutny. Zebrano tu kamienne zabytki z okolic Sobótki, m.in. niepozorne granitowe walce z symbolem x: takim samym, jakie znajdują się na rzeźbach kultowych ze Ślęży. W przypadku ślężańskich rzeźb ów znak interpretuje się zazwyczaj jako symbol solarny związany z pogańskim kultem. 

Jednak odnalezienie znacznie późniejszych obiektów, które również oznakowane były iksem, zainspirowało badaczy do poszukiwania innej hipotezy. W 1209 roku terytoria ślężańskie podzielono, jedna część znalazła się pod władaniem Henryka Brodatego, druga należała do wrocławskiego Klasztoru Najświętszej Marii Panny. 
W związku z tym symbol na kamieniach granitowych i rzeźbach kultowych może mieć znacznie bardziej przyziemne wytłumaczenie: być może kamienie z symbolem x były po prostu znakami granicznymi, ustawianymi na granicy między włościami świeckimi i kościelnymi. 
W muzeum znajdują się dwa takie walce: z Będkowic i Górki. 

czwartek, 18 sierpnia 2016

V3 - cudowna broń Hitlera. Poligon doświadczalny w Zalesiu

Eksperymentalna broń V3 miała posłużyć III Rzeszy do zbombardowania Londynu z francuskiego wybrzeża. Jeden z poligonów doświadczalnych "cudownej broni" - wunderwaffe - mieścił się w niewielkim Zalesiu na Pomorzu Zachodnim (gm. Międzyzdroje, pow. kamieński). Eksperymenty nad unikatową bronią prowadzono tu od marca 1943 do lutego 1945. 

V3 to działo wielokomorowe kalibru 150 mm wystrzeliwujące pociski, którym przyspieszenie nadawały eksplozje zachodzące w komorach na ładunek prochowy. Ładunki były rozmieszczone w ramionach działa rozmieszczonych co 3 metry wzdłuż lufy - ze względu na jej kształt badania nad prototypową bronią otrzymały kryptonim "Stonoga". W czterdziestu komorach mieściło się 200 kg prochu. Zasięg pocisków wynosił ok. 130 km - te, które testowano w Zalesiu, wystrzeliwano do Bałtyku, w kierunku Kołobrzegu. Pociski miały długość 3 metrów, ważyły 140 kg, a prędkość, jaką osiągały, to 1500 metrów na sekundę, co oznacza... prędkość ponaddźwiękową!  Pocisków V3 nie dało się zestrzelić ani wykryć za pomocą ówczesnych systemów radarowych.  Do obsługi jednego działa V3 potrzebnych było 150 żołnierzy.

Wystrzelenie gigantycznego pocisku z tak wielką prędkością wymagało wykorzystania odpowiedniej wyrzutni. W Zalesiu na wyspie Wolin były trzy takie wyrzutnie zamontowane na stoku wzgórza, każde o innej długości i kącie nachylenia. Najkrótsze mierzyło 60 metrów, kolejne 120 i 130 metrów. 

Pierwszą wyrzutnię - stanowisko ogniowe o konstrukcji stalowo-drewnianej - Niemcy zdemontowali w 1944 r. i przewieźli w Ardeny, skąd oddali ponad 150 strzałów w kierunku węzła kolejowego pod Luksemburgiem - to jedyne udokumentowane zastosowanie bojowe wielokomorowego działa V3 podczas II wojny światowej.
Pozostałe dwie wyrzutnie były wsparte na żelbetowych podporach dla lufy działa - elementy tych konstrukcji zachowały się do dziś (w najlepszym stanie jest stanowisko drugie).

Po przeprowadzonych próbach stwierdzono, że działa są gotowe do użycia - tak się jednak nie stało, w lutym 1945 do Zalesia wkroczyli Rosjanie i zajęli poligon. Zaraz potem wojna się skończyła. Rosjanie jednak nadal testowali V3, tak samo jak Amerykanie. Jedni i drudzy zarzucili prace nad bronią, uznając jej użycie za nieopłacalne.

To jednak nie koniec historii działa wielokomorowego. W 1990 roku podobną konstrukcją dysponował Saddam Husajn. Z odnalezionej przez Amerykanów dokumentacji wynika, że konstruktorzy Saddama posługiwali się niemieckimi planami z 1944 roku. Działa ustawione pod Bagdadem miały służyć do ostrzeliwania Tel Awiwu. Akcja pod kryptonimem "Baby Babilon" nie powiodła się - broń zbombardowali Amerykanie.

Zalesie czeka na kolejne odkrycia. Co prawda jest tu maleńkie muzeum V3 urządzone w dawnym schronie amunicyjnym, ale pod wzgórzem prawdopodobnie są jeszcze bunkry - koszary niemieckiej załogi, która liczyła ponad 500 żołnierzy. Poligon znajduje się jednak na terenie Wolińskiego Parku Narodowego, a więc jakiekolwiek prace zmierzające do odsłonienia domniemanych podziemnych koszar są na razie niemożliwe. 

sobota, 23 lipca 2016

Fort Winiary. Twierdza Poznań

Budowę Festung Posen - Twierdzy Poznań - rozpoczęto w 1828 roku. Wówczas miasto pozostawało pod faktycznym panowaniem pruskim.  Decyzja o ufortyfikowaniu Poznania była podyktowana jego strategicznym położeniem - był to węzeł komunikacyjny łączący Prusy z Dolnym Śląskiem.

System fortyfikacyjny obejmował kilkanaście fortów, z których największa była cytadela na Wzgórzu Winiarskim (podobno był to też jeden z największych fortów artyleryjskich w Europie). W celu jego budowy wysiedlono mieszkańców dwóch wsi (Winiary i Bonin). Budowę Fortu Winiary zakończono dopiero w 1842 roku. 

Fort pełnił różne funkcje: w II połowie XIX w. był więzieniem dla polskich powstańców, potem dla jeńców duńskich, austriackich i francuskich. W czasie I wojny światowej fort opanowali powstańcy wielkopolscy. W 1939 roku znów trafił w ręce Niemców - i znowu stał się więzieniem. W kazamatach przetrzymywano więźniów polskich, brytyjskich i radzieckich. W lutym 1945 roku Armia Czerwona wespół z mieszkańcami Poznania - cytadelowcami - odbiła twierdzę z rąk Wehrmachtu.
Po II wojnie światowej cytadelę zaczęto sukcesywnie likwidować. Zanim jednak się to stało, właśnie tu odbyła się ostatnia publiczna egzekucja w Polsce. 21 lipca 1946 na Cytadeli powieszono Arthura Greisera - namiestnika Kraju Warty. Egzekucję oglądało... 15 000 widzów... 

Do lat 70. trwało oczyszczanie terenu z pozostałości po twierdzy. Terytorium Fortu Winiary przekształcono w Park-Pomnik Przyjaźni i Braterstwa Broni Polsko-Radzieckiej - dziś znany jako Park Cytadela. Obiektów fortyfikacyjnych nie usunięto jednak całkowicie - w dwóch budynkach pofortecznych mieszczą się dziś oddziały Wielkopolskiego Muzeum Walk Niepodległościowych. 
Dawne laboratorium artyleryjskie za adaptowano na potrzeby Muzeum Uzbrojenia. Druga placówka to Muzeum Armii Poznań, urządzone w korytarzu kazamatowym zwanym Małą Śluzą.

niedziela, 12 czerwca 2016

Bunkry Blüchera. Ustka Zachodnia

 W 1937 roku w Stolpmunde (niemiecka nazwa Ustki) Niemcy rozpoczęli budowę baterii obrony przeciwlotniczej, czyli bunkrów Bluchera. Prawdopodobnie budowa nie została nawet ukończona, a wojsko (Kriegsmarine) użyło dział przeciwlotniczych tylko raz. W pobliżu miał powstać ogromny port, dzięki któremu Niemcy mogli skomunikować się z Prusami Wschodnimi omijając polski korytarz. 

Bunkry stoją do dzisiaj - zachowały się podziemne pomieszczenia dla dowódcy i załogi, stanowisko dalmierza, działo prowadzące i trzy działobitnie. Po wojnie miejsce to niszczało, przysypywane stopniowo przez wydmowy piasek. Kto wie, co stałoby się z obiektem, gdyby nie Joanna i Marcin Baranowscy, dzięki którym teraz funkcjonuje tu multimedialne muzeum. 

W podziemnej części można obejrzeć wystawy związane z bunkrami. Duże wrażenie robią manekiny, które naprawdę wyglądają jak żywi ludzie! Są też multimedialne niespodzianki... Na przykład w korytarzu łączącym bunkier dowódcy z pomieszczeniami pod działem prowadzącym zaskoczy was bardzo sugestywny alarm gazowy...  Poza podziemiami można obejrzeć również stanowiska działa prowadzącego, zachodniej, środkowej i wschodniej działobitni oraz dalmierza. Dodam, że wszystko jest świetnie opisane - w podziemiach znajdują się podświetlane ekrany informacyjne, na powierzchni natomiast tablice dotyczące poszczególnych obiektów. Można też skorzystać z audioprzewodnika. 

A co to było za ustrojstwo? Dalmierz służył m.in. do pomiaru prędkości i wysokości celu. Dane były przekazywane na stanowiska ogniowe, czyli działobitnie, w których znajdowały się ciężkie armaty przeciwlotnicze 10,5 cm. Żeby zestrzelić wrogi bombowiec, działo musiało wystrzelić 6 tysięcy razy. Zasięg usteckich dział wynosił 17 kilometrów. Teraz ze stanowisk prawie nie widać morza, wyrósł tu lasek, ale w latach II wojny światowej drzew nie było, więc teren wokół dział był doskonale widoczny. 

Dodam jeszcze, że oprócz historii bunkrów w muzeum można poznać też m.in. szczegóły przed i powojennego życia w Stolpmunde, planów budowy portu czy smutnej katastrofy statku Wihelm Gustloff. Dla mnie to najciekawsze miejsce w Ustce. I jeszcze jedno - warto od razu zajrzeć na plażę zachodnią i odnaleźć pozostałości po trzecim molo. 

poniedziałek, 9 maja 2016

Śmietnik historii. Muzeum Armii Czerwonej w Uniejowicach

Północna Grupa Wojsk Armii Radzieckiej stacjonowała na terenie Polski do 1993 r. Już w latach 90. rozpoczęło się zacieranie śladów ich obecności, które w zasadzie trwa do dziś. Jest jednak na Dolnym Śląsku pewne wyjątkowe miejsce, w którym nie wyrzuca się Rosjan na śmietnik historii. To prywatne Muzeum Armii Radzieckiej i Ludowego Wojska Polskiego w Uniejowicach (pow. złotoryjski, gmina Zagrodno), które prowadzi pan Michał Sabadach. Jest to jedyne takie muzeum w Polsce - podobnych zbiorów nie zobaczycie nigdzie indziej!

Pan Sabadach w latach 70. pracował w zamku Grodziec. Pewnego razu przybyli tam Rosjanie stacjonujący w Legnicy. Przesiedleniec z Kresów oprowadził ich po zamku. Dzień później Rosjanie wezwali go do komendantury w Legnicy i wręczyli bezterminową przepustkę do wszystkich garnizonów. Tak zaczęła się jego przyjaźń z wysoko postawionymi oficerami "bratniej armii". Gdy wojska radzieckie wycofywały się z terytorium Polski, znajomi Rosjanie przed wyjazdem zaczęli przywozić panu Sabadachowi najróżniejsze suweniry: medale, odznaczenia, mundury. Takie były początki muzeum, które z biegiem lat rozrastało się. Pan Michał urządził je we własnym domu - pierwsze, co rzuca się w oczy po wejściu do pomieszczenia z eksponatami, to prawie dwumetrowa kopia medalu Bohatera Związku Radzieckiego. Obok niego - kombinezon pilota ponaddźwiękowego myśliwca MIG i skafander odporny na skażenie chemiczne. 

W muzeum można obejrzeć również popiersia i rzeźby działaczy komunistycznych oraz skrawki pomników, które starano się usunąć z przestrzeni publicznej. Jest oczywiście Lenin, ale też Marceli Nowotko,  Karol Świerczewski, Konstanty Rokossowski. Tych dwóch ostatnich można spotkać w sadzie przed domem. 

Garść informacji praktycznych. Gdzie znajduje się muzeum? Dokładny adres to Uniejowice 79. Przejeżdżając przez wieś trzeba skręcić na skrzyżowaniu z drogowskazem wskazującym Złotoryję - przez "garbaty mostek" - i zaraz potem wjechać w polną drogę, w prawo. Dróżka jest niepozorna, wygląda jak wjazd do lasu. Pierwsze przywitały nas psy - czarny i biały - najmilsze psiaki na świecie! Kiedy muzeum jest czynne? Wtedy, kiedy pan Michał jest akurat w domu ;) Ile kosztuje wstęp? Co łaska, właściciel przeznacza "wpływy" na szukanie kolejnych eksponatów na pchlich targach... 

piątek, 6 maja 2016

Kolejna skrytka Grundmanna - pałac w Zagrodnie

Niewiele możemy powiedzieć o historii pałacu w Zagrodnie (gmina wiejska w powiecie złotoryjskim). Powstał w 1570 r., a jego właścicielami byli Schellendorfowie. Otaczał go ogród i park krajobrazowy założony w XIX w.

Co ważne, to kolejna odwiedzona przez nas skrytka z listy Gunthera Grundmanna. W 1944 r. ukryto tu zbiory z Biblioteki Jagiellońskiej i lwowskiego Ossolineum, pomieszczone w 174 skrzyniach. Były to m.in. rękopisy Mickiewicza, Słowackiego, Fredry, Sienkiewicza i Żeromskiego. W 1945 r. do pałacu przybywają Rosjanie... Spora część manuskryptów została wtedy wywieziona do ZSRR. Część zbiorów ocalili i zabezpieczyli polscy osadnicy - wróciły one do Ossolineum. 

Już w latach 70. pałac był ruiną. Resztki dekoracji sgraffitowej zdjęto ze ścian i zabezpieczono - dzisiaj są częścią stałej ekspozycji Muzeum Regionalnego w Chojnowie. Ocalały ściany i okrągła wieża, na której jeszcze utrzymują się resztki zegara.

Zagrodno to duża i rozciągnięta wieś - oczywiście trochę błądziliśmy. Żeby znaleźć pałac, trzeba przejechać przez mostek nad rzeką Skorą za domem nr 99. Teren za bramą pałacową nie jest bezludny. Pobliski budynek jest zamieszkały, trzeba przejść obok ogródka, sadu, wieszaka na pranie i uparcie ujadającego psa.  

piątek, 13 listopada 2015

Górnołużycka Hala Pamięci. Zgorzelec

Górnołużycka Hala Pamięci ku czci niemieckich cesarzy: Wilhelma I i Fryderyka III została wybudowana w latach 1898-1902. Powstała w czasach, gdy nikomu się jeszcze nie śniło, że ta część Gorlitz, która leży po prawej stronie Nysy Łużyckiej, będzie kiedyś polskim miastem. W 1904 r. otworzono tu Kaiser Friedrich Museum.

Część zgromadzonych tu zbiorów sztuki średniowiecznej Grundmann (odsyłam do tego tekstu) ukrył w pałacu w Żarskiej Wsi. Po wojnie niestety pałac został rozgrabiony i do dziś nie wiadomo, gdzie znajdują się eksponaty... 
Polska administracja miała plany utworzenia tu muzeum łużyckiego, ale ostatecznie od 1948 r. w hali działa dom kultury. Istotny dla tego miejsca jest rok 1950, w którym premierzy PRL i NRD podpisali Układ Zgorzelecki, potwierdzający przebieg granicy polsko-niemieckiej na Odrze i Nysie Łużyckiej.  

Architektura hali jest niezwykła. Nie bez przyczyny wielu mieszkańców Zgorzelca uważa, że to najpiękniejszy budynek w mieście odciętym linią Nysy od tej ładniejszej części Gorlitz. 
Uwagę zwracają rzeźby umieszczone po obu stronach portyku: po lewej stronie Wojna, po prawej Pokój. Obie centralne alegorie otacza mały tłum niepokojących postaci - szczególnie po stronie Wojny. To plątanina depczących po sobie ludzi, wśród których najbardziej przejmująca jest chyba figura matki trzymającej w ramionach niemowlę. 

To nie jedyne symboliczne przestawienia na dawnej Hali Pamięci, a dzisiejszym Miejskim Domu Kultury. Nad tympanonem góruje Wiktoria, na bocznej ścianie figury Sztuki i Historii, a pod nimi emblematy handlu, przemysłu, sztuki i rolnictwa. To nie wszystko. Nad alegoriami Wojny i Pokoju można zobaczyć kolejne płaskorzeźby - okrucieństwa wojny i błogosławieństwa pokoju.

Hala w Zgorzelcu to najbardziej okazała, najwyrazistsza pozostałość po przedwojennym mieście, którego większość zabytków została po wojnie po niemieckiej stronie. Po polskiej dominują hipermarkety i poPRLowskie kamienice obwieszone szyldami "Zigaretten", tak jakby było to miejsce bez historii... Na szczęście świadczy o niej ta niezwykła, piękna budowla. I jeszcze coś, o czym warto wspomnieć - pierwsza nazwa budynku przypomina, że kiedyś istniał tu maleńki region - Górne Łużyce. Ale ten skrawek ziemi między Nysą i Kwisą to już temat na zupełnie odrębną opowieść... 

piątek, 16 października 2015

Muzeum Sztuki Cmentarnej. Wrocław

W lipcu tego roku przez Wrocław przeszła nawałnica, która wyrządziła ogromne szkody m.in. w Muzeum Sztuki Cmentarnej. Stary cmentarz żydowski przy ul. Ślężnej do niedawna był niedostępny do zwiedzania - miesiąc temu nie udało nam się go zobaczyć. Na szczęście szkody zostały już usunięte, możemy więc zaprezentować zdjęcia z wczorajszej wyprawy na stary kirkut. Wejścia w czwartki są bezpłatne, w pozostałe dni obowiązuje bilet wstępu (10 zł ulgowy, 15 zł normalny). 

Cmentarz żydowski powstał w 1825 roku. Mieścił się wtedy poza granicami Wrocławia - we wsi Gabitz. W 1868 roku miasto pochłonęło wioskę, wraz z nią w obrębie Breslau znalazł się też kirkut. Do II wojny światowej nekropolię trzykrotnie powiększano. Ostatni pogrzeb odbył się tu w 1942 roku. Jakimś cudem piękny cmentarz nie został zniszczony przez nazistów. Teren wydzierżawiła firma ogrodnicza, która miała zamiar zrobić z tego miejsca park. Na szczęście nie zdążyła zrealizować swego celu przed zakończeniem wojny. Po 1945 r. kirkut niszczał, na szczęście w latach 70. wpisano go do rejestru zabytków. Przetrwał do dzisiaj dzięki temu, że w 1988 r. powstało tu Muzeum Architektury Cmentarnej, a od 1991 r. Muzeum Sztuki Cmentarnej (oddział wrocławskiego Muzeum Miejskiego).

Naprawdę jest tu co oglądać, mimo że wiele mogił nie wytrzymało próby czasu. Na 4,6 ha mieści się około 12 000 nagrobków! Wiele z nich to naprawdę dzieła sztuki. Muzeum pod gołym niebem to prawdziwy eklektyzm form i stylów, a także symboliki (również świeckiej). Niezwykłe bogactwo architektoniczne to efekt haskali - zapoczątkowanego w XVIII wieku ruchu intelektualnego, prowadzącego do asymilacji Żydów z innymi społecznościami, czemu towarzyszyło częściowe zeświecczenie. 
Stary kirkut bez wątpienia zasługuje na miano muzeum. Nadanie mu rangi placówki muzealnej prawdopodobnie go uratowało - gdyby nie to, być może dzisiaj zamiast macew byłby tu park albo plac zabaw... 

środa, 2 września 2015

Zrujnowany dwór. Kraszowice

Kraszowice (pow. i gmina Bolesławiec) to jedna z najstarszych miejscowości z terenu powiatu bolesławieckiego. Jest tu kopalnia kruszyw i elektrownia wodna, ale nas interesowało coś innego. 
Jadąc z Kraszowic uliczką wzdłuż rzeki Bóbr - w stronę przysiółka Ulina - natkniecie się na ruiny renesansowego dworu. Dworzysko jest okazałe i trudno je przegapić, zwłaszcza że część gospodarcza znajduje się tuż przy ulicy, a znad drzew wystaje komin. 

Dwór powstał w 1578 roku i należał wówczas do rodziny von Birban. W XVIII i XIX wieku był przebudowywany. Częściowo zniszczony w 1945 roku - od tamtej pory sukcesywnie się rozpada. Stan dworu jest tragiczny. Brak dachu, popękane mury, prowizoryczne ogrodzenie i panosząca się wszędzie zieleń. W środku praktycznie same ściany i gruzy. W równie złym stanie są położone nieopodal zabudowania folwarczne.

W wielu opisach tego miejsca można przeczytać, że w 1994 roku cenny renesansowy portal, który wieńczył główne wejście do dworu, został skradziony - warto sprostować, że portal znajduje się teraz w lapidarium przy Muzeum Ceramiki w Bolesławcu, o czym pisaliśmy w tym poście. Trudno stwierdzić, w jakich okolicznościach się tam znalazł.

Mogłoby się wydawać, że dla dworu w Kraszowicach nie ma już ratunku. A jednak jest nadzieja na przyszłość. Kilka miesięcy temu dwór został zakupiony za 164 000 zł przez firmę Rosiński Group. W planach jest stworzenie tutaj hotelu i domu opieki, ale również zatrudnienie kustosza. Na razie firma zbiera niezbędną dokumentację.

Pierwsze prace remontowe zaplanowano na lato, ale jak na razie nie widać, żeby się na to zanosiło. Budynek nie jest zabezpieczony ani ogrodzony (nie licząc bardzo marnego ogrodzenia z siatki, w wieku miejscach porozrywanego). Trudno zresztą uwierzyć, że to miejsce da się podnieść z ruiny. W każdym razie trzymamy kciuki i mamy nadzieję, że to ambitne przedsięwzięcie zostanie zrealizowane. 

wtorek, 30 czerwca 2015

Bitwa na gary. Nowogrodziec versus Bolesławiec

W 1753 r. Johann Gottlieb Joppe stworzył w Bolesławcu (ówczesnym Bunzlau) ogromny ceramiczny garniec, Naczynie miało 2,5 m. wysokości, 4 m. obwodu, 1970 l. pojemności i 600 kg wagi. Garniec szybko stał się atrakcją i wizytówką miasta, poświęcono mu nawet sztukę teatralną. Przetrwał do 1945 r. - według jednej wersji został potrzaskany przez żołnierzy Armii Czerwonej, według drugiej wywieziony z Bolesławca. 
W 2009 r. w Muzeum Ceramiki stanęła replika dzieła mistrza Joppego, odtworzonego w skali 1:1. Trzeba przyznać, że solidność wykonania i zgodność z oryginałem (znanym ze zdjęć) robi wrażenie.
Jednak Bolesławiec to nie jedyne miasto, które miało swój Wielki Garniec. Po stu latach dała o sobie znać inna miejscowość znana z wyrobów ceramicznych - Nowogrodziec. W 1853 r. mistrz August Franke wykonał garniec o pojemności 3107 l.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Miasto ceramiki. Bolesławiec

Do Muzeum Ceramiki w Bolesławcu trafiliśmy w sumie przy okazji, bo naszym głównym celem było mieszczące się za muzealnym budynkiem lapidarium. Właściwą ekspozycję obejrzeliśmy więc niejako dodatkowo. 

Muzeum prezentuje to, z czego słynie miasto i z czego usiłuje stworzyć swoją współczesną markę - to oczywiście tradycje rzemiosła ceramicznego. Charakterystyczne dla bolesławieckiej ceramiki są elementy zdobnicze, nakładane za pomocą gąbek-stępelków o określonym kształcie, umoczonych w barwniku. To niełatwa i żmudna robota, w której szalenie liczy się precyzja - tak przynajmniej twierdzą znajome mi osoby, które zajmowały się zdobieniem ceramiki z Bolesławca.

W muzeum można zobaczyć zbiory ceramiki tutejszej i nietutejszej (trafiliśmy na ekspozycję czasową ceramiki włocławskiej) oraz obejrzeć film opowiadający zwięźle miejską historię tego rzemiosła. Do ciekawszych eksponatów należy Wielki Garniec - replika potężnego naczynia wykonanego w 1753 r. przez tutejszego mistrza, Johanna Gottlieba Joppego (2,5 m. wysokości, 1970 litrów pojemności, 600 kg wagi...).  
Drugim ważnym ośrodkiem kamionki był pobliski Nowogrodziec - również to mniejsze miasteczko zapragnęło mieć swój gigantyczny gar. W 1933 roku powstał tu garniec o wysokości ponad 3 metrów. Oba naczynia zostały zniszczone w 1945 roku. Obecnie także Nowogrodziec ma swoją replikę - stojącą na rynku fontannę-garniec, chociaż jej walory estetyczne są dyskusyjne ;)

Ale wróćmy do Bolesławca. Bilet wstępu kosztuje zawrotne 4 złote - i jest to cena za bilet normalny! Muzeum było opustoszałe - byliśmy jedynymi zwiedzającymi, co miało tylko plusy. Jeśli będziecie w mieście ceramiki, zajrzyjcie na ulicę Mickiewicza - za śmieszny koszt można obejrzeć ważny kawałek miejskiej historii. 

niedziela, 21 czerwca 2015

Przeszłość zaklęta w kamień. Bolesławiec

Poszukiwanie okolicznych krzyży pokutnych doprowadziło nas do lapidarium, które mieści się na tyłach Muzeum Ceramiki w Bolesławcu. Rzeczywiście - jest tu krzyż pokutny, sporych rozmiarów (na oko ponad 1,5 m.), przeniesiony z Kruszyna. To jednak tylko jeden z kilku kamiennych eksponatów zgromadzonych w bolesławieckim lapidarium. 

Obok niemieckich nagrobków przedwojennych mieszkańców Bunzlau można tu zobaczyć również macewę - jedyny obiekt z cmentarza żydowskiego, który dotrwał do dziś. Kirkut mieścił się u zbiegu dzisiejszych ulic Podgórnej i Jeleniogórskiej. Został częściowo zniszczony przez nazistów w latach 30. XX wieku. Dzieła zniszczenia dokonały jednak polskie władze, które w 1965 roku postanowiły całkowicie zlikwidować kirkut. Pozostała po nim tylko ta macewa..

czwartek, 11 czerwca 2015

Ratunek dla ruin, Trzęsacz

Połowa czerwca - o tej porze myśli się już o letnich wyjazdach, stąd dzisiejsza retrospekcja z zeszłorocznego sierpnia. Trzęsacz (pow. gryficki, gmina Rewal) jest dowodem na to, że ruina nie musi zarastać zielskiem i rozpadać się dzień po dniu - może natomiast stać się atrakcją turystyczną i znakiem firmowym miejscowości. Oczywiście mam na myśli nadmorskie ruiny kościoła św. Mikołaja. W XIV wieku kościół znajdował się w odległości 2 km od morza. Woda przez lata podmywała klif, aż wreszcie wdarła się do świątyni i niszczyła ją kawałek po kawałku. Dzisiaj została tylko jedna ściana.




poniedziałek, 4 maja 2015

Arka pana Darka. Pławna

Wyobraźcie sobie człowieka, który pewnego dnia znajduje muszlę i kojarzy ją sobie z potopem, a potem... przychodzi mu do głowy myśl, że fajnie będzie wybudować własną arkę. I nie tylko sobie to myśli, ale rzeczywiście tę arkę buduje! Oto kolejna odsłona pomysłów Dariusza Milińskiego z Pławnej (pow. lwówecki, gmina Lubomierz).

W budowę nietypowej instalacji angażuje mieszkańców wioski. Arka powstaje m.in., z drewna z rozebranych stodół. Na łące nieopodal kościoła św. Tekli, za Zamkiem Śląskich Legend, powstaje wielka drewniana łódź - ma 40 metrów długości i 10 metrów wysokości. Obok wejścia do środka ustawiono trzymetrowej wysokości... łyżki- wiosła. Jestem pod wrażeniem nie tylko samego pomysłu, ale też realizacji. Dla mnie arka jest ciekawsza i bardziej klimatyczna niż zamek Milińskiego, który opisałam w poprzednim poście. 

Czego spodziewalibyście się w środku? Zwierząt ratowanych przed potopem? Nic bardziej mylnego! Wskazówkę co do zawartości arki otrzymujemy już na łące, na której rozsiadła się nietypowa łódź. Stoją tu sakralne rzeźby. I rzeczywiście - wewnątrz Miliński urządził "muzeum" sztuki sakralnej. To jednak nie jest Sztuka pompatyczna, przez wielkie S, ale raczej sztuka mała - ludowa, prymitywna (w dobrym tego słowa znaczeniu), bliska człowiekowi i codzienności, a przez to bardzo szczera.

poniedziałek, 30 marca 2015

Stalag VIII C Sagan, Żagań

Stalag VIII C Sagan (dzisiejszy Żagań) był największym kompleksem obozów jenieckich w VIII Okręgu Wojskowym Wehrmachtu. Dziś na terenie poobozowym funkcjonuje Muzeum Obozów Jenieckich, którego działalność koncentruje się przede wszystkim na upamiętnianiu Wielkiej Ucieczki. W marcu 1944 roku na terenie podobozu Stalag Luft 3 doszło do próby ucieczki grupy lotników alianckich. Jeńcy na głębokości dziewięciu metrów wykonali ponad stumetrowej długości tunel "Harry". Na wolność miało się nim wydostać ponad 200 więźniów. Opuściło go 76 osób. Wszyscy, oprócz trzech, zostali zatrzymani, a pięćdziesięciu z uciekinierów rozstrzelano na osobisty rozkaz Hitlera (Sagan-Behefl), łamiąc w ten sposób konwencję genewską, zgodnie z którą jeńców wojennych bierze się do niewoli, ale nie zabija się ich. Do egzekucji doszło na łące w okolicy Iłowej , nieopodal dzisiejszej autostrady A18.

sobota, 28 marca 2015

KL Gross Rosen, Rogoźnica



Siemens i Blaupunkt - oczywiste skojarzenia to telefony komórkowe i radia samochodowe. Mniej oczywiste - Konzentrationslager Gross Rosen. Więźniowie obozu koncentracyjnego byli wykorzystywani do produkcji dla tych właśnie koncernów. Jednak nie to było najcięższe - najgorsza robota to wydobywanie granitu z potężnego kamieniołomu przy dziennej racji żywnościowej wynoszącej 1000 kcal. 

Zaczynamy szukać Gross Rosen od strony niewielkiej Rogoźnicy (pow. świdnicki, gmina Strzegom). W sennym i opustoszałym parku pierwszy znak - tablica upamiętniająca ofiary obozu. Krotki spacer za wieś, mijane po drodze sielskie krajobrazy - rozległe łąki, Wzgórza Strzegomskie, słońce - nie zapowiadają wcale kamiennego piekła. Rzeczywiście - wejście na teren byłego obozu to jak wejście do innego wymiaru, wyjętego jakby ze snu.