piątek, 6 maja 2016

Kolejna skrytka Grundmanna - pałac w Zagrodnie

Niewiele możemy powiedzieć o historii pałacu w Zagrodnie (gmina wiejska w powiecie złotoryjskim). Powstał w 1570 r., a jego właścicielami byli Schellendorfowie. Otaczał go ogród i park krajobrazowy założony w XIX w.

Co ważne, to kolejna odwiedzona przez nas skrytka z listy Gunthera Grundmanna. W 1944 r. ukryto tu zbiory z Biblioteki Jagiellońskiej i lwowskiego Ossolineum, pomieszczone w 174 skrzyniach. Były to m.in. rękopisy Mickiewicza, Słowackiego, Fredry, Sienkiewicza i Żeromskiego. W 1945 r. do pałacu przybywają Rosjanie... Spora część manuskryptów została wtedy wywieziona do ZSRR. Część zbiorów ocalili i zabezpieczyli polscy osadnicy - wróciły one do Ossolineum. 

Już w latach 70. pałac był ruiną. Resztki dekoracji sgraffitowej zdjęto ze ścian i zabezpieczono - dzisiaj są częścią stałej ekspozycji Muzeum Regionalnego w Chojnowie. Ocalały ściany i okrągła wieża, na której jeszcze utrzymują się resztki zegara.

Zagrodno to duża i rozciągnięta wieś - oczywiście trochę błądziliśmy. Żeby znaleźć pałac, trzeba przejechać przez mostek nad rzeką Skorą za domem nr 99. Teren za bramą pałacową nie jest bezludny. Pobliski budynek jest zamieszkały, trzeba przejść obok ogródka, sadu, wieszaka na pranie i uparcie ujadającego psa.  

wtorek, 3 maja 2016

Drugi krzyż pokutny w Nawojowie Łużyckim - odnaleziony :)

Prawie dokładnie rok temu - w maju 2015 r. - szukaliśmy krzyży pokutnych w Nawojowie Łużyckim (pow. i gmina Lubań). Odnaleźliśmy tylko jeden, nie była to zresztą skomplikowana sprawa - jest ustawiony przy drodze do Nowogrodźca (pisaliśmy o nim w tym wpisie). 
Próbowaliśmy wtedy odszukać również ten drugi krzyż, mając tylko bardzo mgliste pojęcie o jego usytuowaniu - wiadomo nam było, że jest gdzieś w lesie za wsią, niedaleko potoku Złoty Stok. Przeszliśmy kawałek leśną dróżką i zrezygnowaliśmy z dalszych poszukiwań, obiecując jednak, ze jeszcze tu wrócimy.

No i proszę, dotrzymujemy obietnicy :) Krzyż pokutny z rytem miecza znajduje się w lesie za Nawojowem, niedaleko wiaduktu nad torami kolejowymi prowadzącymi z Gierałtowa do Lubania. Na próżno jednak szukać go tuż przy potoku - znajduje się bliżej zarośniętej leśnej drogi. 

Trzeba przyznać, że ten krzyż pokutny był bardzo trudny do zlokalizowania w porównaniu z innymi, które odwiedziliśmy. Specjalne podziękowania za pomoc dla https://sciezkawbok.wordpress.com :)

poniedziałek, 2 maja 2016

Schronienie dla "heretyków". Kościół ucieczkowy w Twardocicach

Na początek słówko o kościołach ucieczkowych (granicznych). Powstawały one od XVII w. na terenach protestanckich, graniczących ze Śląskiem, którym władali wówczas katoliccy Habsburgowie - kontrreformatorzy. Protestanci ze Śląska nie mieli możliwości odprawiania nabożeństw według swojej liturgii. Wobec braku wolności wyznania śląscy ewangelicy musieli wybierać się za granicę - na teren księstwa legnickiego lub Łużyc - żeby móc uczestniczyć w religijnych obrzędach. 

Ruiny w Twardocicach (pow. złotoryjski, gmina Pielgrzymka) to pozostałości po kościele ucieczkowym. Dla kogo był schronieniem? Luteranie? Kalwiniści? Nie - schwenckfeldyści! Słyszeliście kiedykolwiek o takim wyznaniu? Bo ja dowiedziałam się o tym odłamie chrześcijaństwa dopiero przy okazji planowania wyprawy do Twardocic. Założycielem tego ruchu religijnego był Kaspar Schwenckfeld, urodzony w 1490 r. w Osieku koło Lubania. Teolog spierał się z Lutrem, a w rezultacie odszedł z kościoła luterańskiego i założył własną grupę wyznaniową. 
Odrzucał chrzest dzieci, uznając, że tego aktu należy dokonywać z pełną świadomością. Głosił całkowity rozdział kościoła od państwa. Wierni nie nosili broni i nie brali udziału w wojnach. Uznał, że podczas nabożeństwa wcale nie dochodzi do zamiany chleba i wina w ciało i krew Chrystusa, ale że jest to tylko działanie symboliczne. Schwenckfeldyści byli więc znienawidzeni tak przez katolików, jak przez innych protestantów. 

W Twardocicach przebywali do 1726 r. Z powodu ataków i prześladowań opuścili wieś i wyemigrowali aż do Ameryki - co ciekawe, ich potomkowie do dziś żyją w Pensylwanii i skupiają się w Schwenckfelder Church (liturgie odprawiają w języku śląskim!). 

O tym, że schwenckfeldyści nadal istnieją, świadczy pomnik, który znajduje się za wsią, wśród pól rzepaku, na końcu tzw. Bydlęcej Ścieżki. Ustawili go w 1863 r. emigranci z Ameryki - w miejscu pochówku "heretyków" z Twardocic. Amerykańscy wyznawcy odnowili pomnik w 2001 r., a w 2003 r. nastąpiło jego ponowne poświęcenie. 

Sam kościół jest w fatalnym stanie, a najgorzej miewa się wieża - co zresztą widać. Została prowizorycznie zabezpieczona jakimiś linkami, ale nie wygląda to zbyt dobrze. Kiedyś w świątyni mogło pomieścić się nawet 3000 wiernych - teraz mieszka tu tylko bocian, który uwił gniazdo na murach. 

czwartek, 28 kwietnia 2016

Ruiny kościoła ewangelickiego w Niwiskach

Niwiska - wieś w powiecie zielonogórskim, w gminie Nowogród Bobrzański. Jeśli będziecie przejeżdżać przez miejscowość drogą z Zielonej Góry, to polecam obserwować lewą stronę szosy w okolicy budynku straży pożarnej i czynnego kościoła - zobaczycie skryte za drzewami mury opuszczonej świątyni ewangelickiej. 

O historii kościoła niewiele mi wiadomo. Powstał w XVIII wieku, a w następnym stuleciu został przebudowany. Był zbudowany na planie krzyża greckiego. Równoramienny krzyż grecki miał symbolizować jedność wszystkich odłamów chrześcijaństwa. Ponadto jedno ramię było symbolem bożej łaski, a drugie miało oznaczać działalność człowieka. 

Dzisiaj trudno się domyślić, że świątynia ewangelicka w Niwiskach była ustanowiona właśnie na planie takiego krzyża. Budowla jest mocno uszkodzona, brakuje jednego ze skrzydeł, nie ma dachu. Zachowały się obramowania wejścia głównego i bocznego oraz okien. Ich łukowaty kształt świadczy o tym, że kościół wybudowano w stylu arkadowym. który w XIX wieku miał stać się niemieckim narodowym stylem architektonicznym. 

Nie mam pewności, jak kościół stał się ruiną. Można tylko przypuszczać, że doszło do tego w "standardowy" sposób - polscy osadnicy-katolicy po osiedleniu się we wsi gromadzili się w kościele katolickim, a ten ewangelicki nie był im potrzebny. 

piątek, 22 kwietnia 2016

Smutny los niemieckich zabytków. Studzieniec

Los pałacu (dworu?) w Studzieńcu (pow. nowosolski, gmina Kożuchów) wydaje się przesądzony. Dni zabytku są policzone. Dach jest w tak fatalnym stanie, że na serio bałam się chodzić po wnętrzu. Wszystko dosłownie się sypie. Dodajmy do tego podmokły teren i brak jakichkolwiek zabezpieczeń, mimo że jest to własność prywatna. 
Można przypuścić, że jeszcze kilka deszczwych jesieni, kilka śnieżnych zim i reszta dachu runie.  A gdy to się stanie, ratunku już nie będzie.

Pałac powstał w 1782 roku, a jego pierwszym właścicielem był Karl Siegmund von Knobelsdorff. Nie będę wymieniać licznych niemieckich właścicieli, dość powiedzieć, że w końcu - po 1945 roku - budynek należał do PGR Kożuchów, przeznaczono go na biura. W 1969 roku został opuszczony i od tamtej pory zmierza tylko ku upadkowi.

Obecny stan zabytku nie jest, niestety, efektem wyłącznie upływu czasu. Widać, że do zawalenia części dachu przyczyniła się ludzka ręka - belki podtrzymujące sufit (którego już zresztą nie ma) zostały zwyczajnie odpiłowane - świadczą o tym równiutko przycięte drewniane kikuty sterczące ze ściany. W resztkach pomieszczeń znajdują się półkoliste wnęki, w których kiedyś stały piece kaflowe. Teraz wnęki są puste, ale nad niektórymi zachowały się fragmenty starej sztukaterii. 

Pałac był niegdyś otoczony fosą i parkiem. Teraz zielenina rośnie chaotycznie, a fosa to zarośnięte bajorko, chociaż trzeba przyznać, że otoczenie nadal jest malownicze. 

Cóż, to tylko jeden z wielu przykładów losu niemieckich zabytków, które są rozsiane po wszystkich zakątkach krainy historycznej niegdyś zwanej Schlesien...

środa, 20 kwietnia 2016

Cmentarz wojenny w Olsztynie

Trafiłam tu właściwie przypadkiem. Szukałam kirkutu, a znalazłam cmentarz wojenny przy ul. Szarych Szeregów, a raczej cmentarze - z jednej strony alejki pochowani są żołnierze niemieccy i rosyjscy polegli podczas I wojny światowej, z drugiej strony, po sąsiedzku - Rosjanie, Polacy i Francuzi, którzy zginęli w II wojnie. 

Przedwojenny cmentarz niemiecko-rosyjski to groby w większości regularnie rozmieszczone, z niemal identycznymi pionowymi płytami. Podobno to najlepiej zachowany cmentarz z czasów I wojny w województwie warmińsko-mazurskim. Napisy na płytach są w większej części nieczytelne. Pochowano tutaj 146 żołnierzy niemieckich i 91 rosyjskich. Rok śmierci to najczęściej 1917 lub 1918.

Po przeciwnej stronie - nowsze groby, z lat 40. Spoczywający tu Francuzi to, według jednej wersji, lotnicy biorący udział w walkach na terenie Prus Wschodnich, według drugiej - jeńcy wojenni ze Stalagu I B Hohenstein. Obok nich - Polacy, niektórzy pochowani nawet w 1947. Ginęli już po wojnie, np. oczyszczając miasto z niewybuchów. 

I wreszcie - żołnierze Armii Czerwonej. Większość tych kwater jest bezimienna, tylko z wizerunkiem gwiazdy (można przypuścić, że kiedyś gwiazdy były czerwone). Są jednak trzy wyjątki. Uwagę przykuwa płyta, na której znajduje się zdjęcie  w niebieskiej sepii przedstawiające młodego żołnierza. Patrząc na tę twarz można poczuć się jakoś nieswojo...

Wyróżnia się też odnowiona płyta z napisem "Bogusławski Izraił Mojsiejewicz 1910-1945". Ten grób jest nietypowy nie tylko dlatego, że płyta wygląda na nową i że widnieje na niej imię i nazwisko poległego żołnierza. Jest w nim jeszcze coś ciekawego - kamyczki, które świadczą o żydowskich korzeniach zmarłego (o zwyczaju kamyczkowym pisałam w poście o krakowskim kirkucie Remuh). 

I wreszcie trzeci nieanonimowy grób - płyta ze zdjęciem żołnierza, który pochodził z Białorusi (jeśli dobrze rozszyfrowałam cyrylicę). Data śmierci - 23.01.1945 (dzień po wkroczeniu Rosjan na teren szpitala psychiatrycznego i lazaretu w Kortowie).

sobota, 16 kwietnia 2016

Trupi Czerep. Przeklęty psychiatryk w Olsztynie - Kortowie


Totenkopf oznacza Trupi Czerep - tak już na początku XX wieku nazywano Kortau (dzisiejsze Kortowo, uniwersytecka dzielnica Olsztyna). W 1882 roku powstał tu Zakład dla Obłąkanych - jeden z najstarszych, a zarazem najbardziej nowoczesnych psychiatryków w Prusach Wschodnich. Tragiczną historię szpitala można rozpisać na dwa rozdziały - niemiecki i radziecki...

Szpitala nie ominęła tzw. totalna eutanazja - hitlerowski projekt planowego, urzędowego uśmiercania osób chorych psychicznie w ramach akcji pod kryptonimem T4. Co prawda w samym Kortau nie mordowano pacjentów (tak jak to było w Lublińcu), ale wysyłano ich stąd na śmierć, do ośrodków eutanazyjnych wyposażonych w komory gazowe - do Sonnenstein i Bernburgu. Inne grupy chorych truto spalinami w mobilnych komorach gazowych, a zwłoki grzebano w okolicach Działdowa. Ilu pacjentów z Kortowa zgładzono? W jakich latach? Kto kierował akcją? Na żadne z tych pytań nie ma odpowiedzi - nie ma żadnych świadków, nie zachowały się żadne dokumenty... Równie tajemnicze są wydarzenia z stycznia 1945 roku, kiedy do Allenstein (Olsztyna) wkroczyła Armia Czerwona...

Niemiecka administracja miasta niemal do ostatniej chwili zwlekała z rozkazem ewakuacji mieszkańców. Dopiero 19 lub 20 stycznia postanowiono ewakuować szpital psychiatryczny. W budynkach pozostała część lekarzy i personelu, pacjenci obłożnie chorzy, przykuci do łóżek, a także Niemcy z lazaretu wojskowego. Pozostali pensjonariusze zostali zaprowadzeni na stację kolejową. Nikt nie wie, co się z nimi stało. Według jednej hipotezy zamarzli pozostawieni na jakiejś zapomnianej bocznicy kolejowej, według innej - zostali rozstrzelani w drodze. Nie odnaleziono ani jednej osoby z tego osobliwego transportu dla obłąkanych. Po prostu zniknęli.
A co z osobami, które pozostały w szpitalu i lazarecie? Rosjanie urządzili tu pogrom. Pacjenci i personel zostali rozstrzelani, niektórych potraktowano miotaczami ognia. Kilkunastu lekarzy ukryło się na strychu willi przy ul. Warszawskiej. Nie bez powodu nazywana jest ona domem wisielców. Rosjanie znaleźli ukrywających się ludzi i powiesili ich na belkach. Trupy odcięto i zakopano. Grób został odkryty dopiero w 1963 roku. 
Co działo się w Kortowie po wojnie? Dzielnica była oddalona od centrum miasta, więc nikt nie chciał się osiedlać wśród zgliszczy Zakładu dla Obłąkanych. Doły z trupami zdążyły zarosnąć trawą i krzewami. Na pierwszą mogiłę zbiorową natrafiono przypadkiem, dopiero w 1950 roku. Robotnicy remontujący poszpitalne budynki trafili na kilkanaście szkieletów. Potem w różnych miejscach kompleksu odkrywano kolejne zwłoki. Te zakopane głębiej nie były jeszcze zeszkieletowane, miały zachowane powłoki miękkie. Rok po roku odkopywano kolejnych nieszczęśników. Ich ciała wrzucano do skrzyń i przenoszono na olsztyńskie cmentarze. Zakopywano płytko - psy szybko rozwłóczyły ludzkie kości.
Na upiornym cmentarzu wyrosło miasteczko akademickie. Nad Jeziorem Kortowskim luzują się studenci. Po tragicznych wydarzeniach nie ma tu śladu - poza kilkoma budynkami z czerwonej cegły, teraz siedzibami Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Jest też pomnik z małą tabliczką - ale nawet on nie jest poświęcony pacjentom szpitala i lazaretu, ale osobom pogrzebanym na przedwojennym wielowyznaniowym cmentarzu, który kiedyś mieścił się w okolicach Kortau. 
Olsztyńska pamięć wydaje się trochę dziurawa...

XXII Sejm Dzieci i Młodzieży - projekt o Iwinach

Żródło: Wratislaviae Amici, archiwum Sebastiana Zielonki

Setny wpis na blogu to wpis gościnny - notka autorstwa Mikołaja Gapińskiego i Dominika Paszko z Gimnazjum im. Jana Pawła II w Iwinach. 

Autorzy biorą udział w rekrutacji do XXII sesji Sejmu Dzieci i Młodzieży. Przygotowują projekt poświęcony tablicy upamiętniającej tragedię w kopalni miedzi w Iwinach. 
Trzymamy kciuki za projekt, a oto jego opis:


Dnia 29 lutego 2016 roku rozpoczęła się rekrutacja  do XXII sesji Sejmu Dzieci i Młodzieży. Wyzwanie podjęło dwóch uczniów Gimnazjum im. Jana Pawła II w Iwinach: Mikołaj Gapiński – uczeń klasy II b i Dominik Paszko  uczeń klasy III b.
Temat projektu brzmi: ,,MIEJSCA PAMIĘCI – MATERIALNE ŚWIADECTWO WYDARZEŃ SZCZEGÓLNYCH DLA LOKALNEJ I NARODOWEJ TOŻSAMOŚCI”. Uczniowie postanowili opisać tablicę upamiętniającą katastrofę w Iwinach.

sobota, 9 kwietnia 2016

Ruiny kościoła św. Jana. Zatonie

Zatonie to nie tylko ruiny pałacu Talleyrandów. Po drugiej stronie ulicy jest kolejne ciekawe miejsce - ruiny kościoła pw. św. Jana. Kościół wybudowano w XIII wieku. Najpierw był świątynią katolicką, potem ewangelicką, a w dobie kontrreformacji znowu katolicką. W ciągu wieków liczba katolików w okolicy tak zmalała, że w 1837 roku zamknięto kościół. Już w XIX wieku była to ruina. Jakimś cudem fragmenty murów z kamienia polnego i rudy darniowej przetrwały do dzisiaj. 

Resztki kościoła są totalnie porośnięte bluszczem. Poza murami, zarysami wejść i okien nie pozostało tu praktycznie nic - oprócz pewnego ciekawego szczegółu. Wewnątrz ruin można dostrzec namalowany na ścianie czerwony równoramienny krzyż wpisany w okrąg. Mogłoby się wydawać, że to jakieś współczesne bazgroły, jednak nic bardziej mylnego. To właśnie w tym miejscu zachowały się resztki zacheuszka. 

Zacheuszek (krzyż apostolski, znak konsekracyjny) umieszczano na ścianach świątyń na znak poświęcenia miejsca przez biskupa. To, co można zobaczyć na ścianie ruin w Zatoniu, nie jest jednak oryginalnym zacheuszkiem, tylko jego odtworzonym współcześnie kształtem. Oryginalny  fragment tynku z polichromią został zdjęty ze ściany w 2014 roku, odrestaurowany i zabezpieczony, a na koniec przeniesiony do działającego kościoła w Zatoniu.

Za kościołem można znaleźć skromne pozostałości po niemieckim cmentarzu - cztery płyty nagrobne są ustawione pod murem, a dwa leżą, porasta je trawa i dosłownie zapadają się w ziemię. 

środa, 6 kwietnia 2016

Włości księżnej de Talleyrand-Périgord. Pałac w Zatoniu


Ruiny pałacu i oranżerii w Zatoniu (dawniej odrębna wieś, obecnie część Zielonej Góry) to miejsce czarowne! Uroku dodaje pnący się po murach i kolumnach bluszcz, a w powietrzu unosi się zapach czosnku niedźwiedziego, który rośnie tu w ogromnych ilościach (a podlega w Polsce ochronie częściowej). 
Podobno pałac został w 1945 r. spalony przez Rosjan. Zachowały się ściany nośne, portyki i herb. Niewiele więcej zostało po oranżerii - kolumnada, resztki zdobień, komin. W parku można obejrzeć potężny dąb Talleyranda i kopiec z kamienną grotą.

Nie będę pisać szczegółowo o historii pałacu (o niej można poczytać np. na stronie stowarzyszenia Nasze Zatonie). Co prawda wybudował go Balthazar von Unruh (1689), ale miejsce to nabrało szczególnego wymiaru dzięki księżnej kurlandzkiej i żagańskiej, Dorocie de Talleyrand-Périgord. To postać niezwykła, ale też tragiczna. Wychowywała się właściwie bez rodziców. Zamiast nich miała do dyspozycji guwernantkę. W wieku 15 lat zakochała się w czterdziestoletnim Adamie Czartoryskim. Ten uległ jednak namowom matki i porzucił Dorotę. 

Pod naciskiem rodziny wyszła za mąż za Edmunda de Talleyranda, który zdradzał ją, jeśli tyko miał okazję. Małżeństwo było zupełnie nieudane - Edmund nie stronił od kobiet, hazardu i hulanek, Dorota była natomiast inteligentna, ambitna, obyta w świecie (w Paryżu była damą dworu cesarzowej Marii Ludwiki, żony Napoleona). W 1822 r. rozwiedli się, ale już wcześniej księżna znalazła innego adoratora - stryja jej męża, Karola, ministra spraw zagranicznych Francji. Dzięki niemu poznała wielu znamienitych ludzi tamtego czasu (w Zatoniu bywał m.in. Balzac i Liszt).

Do Zatonia przyjechała w 1840 r. Z jej inicjatywy przebudowano pałac, ale jej zasługi dotyczą też działalności charytatywnej. Opłacała budowę ochronek i szkół dla dzieci, fundowała stypendia dla chłopskich uczniów, w Żaganiu wybudowała szpital, a przy nim kaplicę dla wszystkich wyznań. Nic dziwnego, że w jej pogrzebie wzięło udział... 10 000 osób! 
Dorota zmarła w 1862 roku na skutek choroby (nie wiem, jakiej...), która podobno była efektem wypadku powozu, jakim jechała z Zatonia do Żagania. Dziesięciotysięczny kondukt żałobny musiał robić wrażenie... 

Dziś niewiele zostało po dawnej świetności pałacu, a mimo wszystko to miejsce nadal jest niezwykłe. Klimat jest tu niesamowity. Człowiek może mieć poczucie, że znalazł się w innym świecie. Całkiem niedaleko ruchliwa szosa i przystanek autobusowy, a tu... kolumnada oranżerii przypominającej świątynię, dwa portyki, resztki sztukaterii, ozdobne głowice kolumn... A do tego morze czosnku niedźwiedziego i bluszczu - tajemniczy ogród... Martwię się tylko, że gdy będę tędy przejeżdżać następnym razem, zobaczę z ulicy zawaloną ścianę pałacu (odpadający tynk dosłownie słychać)...