niedziela, 9 sierpnia 2015

sobota, 8 sierpnia 2015

Cmentarz koni. Kliczków

Dzisiejszy cmentarz koni w Kliczkowie (pow. bolesławiecki, gmina Osiecznica) to nie ta sama zwierzęca nekropolia, co przed wojną. Teraz są tu tylko trzy końskie nagrobki, w tym dwa przedwojenne, a jeden z 2009 roku. Ten nowy grób ufundowało stowarzyszenie Pro Publico Bono - spoczęła w nim Zacateca, klacz rycerska z zamku w Kliczkowie. W starszej mogile leży Juno, wyścigowy koń zmarły w 1938 roku. Napisy na trzecim obelisku są zupełnie nieczytelne.

Jeszcze w latach 50. XX w. na cmentarzu koni (i psów) było kilkanaście nagrobków. Z nich uchowały się tylko dwa (oczywiście poza tym nowym z 2009 roku) - pozostałe zostały podobno wykorzystane przez osadników jako materiał budowlany. 

Skąd wzięło się to nietypowe miejsce pochówku? W 1887 roku właścicielem zamku w Kliczkowie został Fryderyk zu Solms-Baruth, który zlecił architektowi Edwardowi Petzoldowi przebudowę zamku i parku. To wtedy powstał cmentarz dla koni z zamkowej stajni (należał do nich właśnie Juno). Grzebano tu również psy myśliwskie księcia. 

czwartek, 6 sierpnia 2015

Zamek, który przetrwał. Kliczków

Mało brakowało, a zamiast malowniczego zamku w Kliczkowie (pow. bolesławiecki, gmina Osiecznica) byłaby dzisiaj ruina. W 1945 r. wyposażenie zamku zostało rozszabrowane przez Armię Czerwoną i polskich osadników. W kolejnych latach stacjonowało tu Ludowe Wojsko Polskie, co nie znaczy, że dbano o obiekt. Zamek niszczał, zapadły się dachy, runęła Galeria Oficjalistów i ujeżdżalnia. Kto wie, co byłoby tu teraz, gdyby nie znalazł się inwestor, który w 1999 roku zakupił zamek. Dziś jest to urokliwe, zadbane miejsce. W zamku mieści się centrum konferencyjno-wypoczynkowe.

Historia zamku sięga 1297 roku, kiedy pojawiła się pierwsza wzmianka o strażnicy ulokowanej na skarpie przy rzece Kwisa. W ciągu wieków wielokrotnie zmieniali się jego właściciele. Chyba najciekawsza historia wiąże się z ostatnim panem na Kliczkowie. Do 1944 roku był nim hrabia Henryk Christian zu Solms-Baruth, przeciwnik faszystowskiego reżimu. Z włościami hrabiego od północy graniczył poligon w Neuhammer (Świętoszów), na terenie którego utworzono obóz dla rosyjskich jeńców wojennych (wspominałam o nim w tym wpisie). W lesie należącym do kliczkowskich dóbr bez zgody Solms-Barutha utworzono podobóz Stalagu 308. 

Za przyzwoleniem hrabiego miejscowy leśnik i rzeźnik przerzucili przez druty kolczaste paczki z żywnością dla jeńców. Leśnik przeczuł, co się święci, i uciekł z Kliczkowa. Rzeźnik został, co skończyło się dla niego tragicznie - rozstrzelany przez SS, zginał przed własnym domem.
Oburzony hrabia udał się do siedziby NSDAP w Bunzlau (Bolesławcu), odgrażając się, że osobiście pojedzie do Berlina, żeby zaprotestować przed obliczem samego Himmlera. Od tej pory Solms-Baruth był inwigilowany. W końcu został zmuszony do opuszczenia Kliczkowa (alternatywą była kara śmierci) i przekazania majątku na własność Himmlerowi. Po pewnym czasie trafił do więzienia Gestapo w Poczdamie, w którym przebywał do końca wojny.
Próby ratowania zamku, który pogrążał się w ruinie, podjęło w 1999 roku małżeństwo z Wrocławia - Magdalena i Jerzy Ludwinowie. Stwierdzili, że zakochali się w tym miejscu i że muszą je uratować. Dziś jest tu hotel, pole golfowe, centrum konferencyjne, basen, spa...

środa, 5 sierpnia 2015

Wikingowie u bram. Wolin

Tego lata Festiwal Słowian i Wikingów odbył się w Wolinie (pow. kamieński) już 21 raz. Uściślając, festiwalowe wydarzenia rozgrywają się na terenie skansenu, który co prawda administracyjnie znajduje się w obrębie miasta Wolin, ale nie na wyspie Wolin. Skansen mieści się na innej wyspie, a raczej wysepce w cieśninie rzeki Dziwny - Wolińskiej Kępie, o długości nieprzekraczającej nawet kilometra. 

Festiwal organizowany przez Centrum Słowian i Wikingów Wolin-Jomsborg-Wineta przyciągnął w tym roku sporo osób. Prawdę mówiąc trochę przeszkadzało to w obejrzeniu skansenu - po prostu ludzi było za dużo, a przestrzeń wysepki zbyt mała. W oczy rzuca się dbałość organizatorów o to, żeby festiwalu nie zamienić w jarmark - nie ma tu kolorowych straganów ani fastfoodowego żarcia, jest za to rękodzielnicza biżuteria i podpłomyki!


Ale o co właściwie chodzi z tymi Wikingami w Polsce? Inspiracją dla zorganizowania festiwalu była trzynastowieczna saga o Jomswikingach, według której ok. X w. na wyspie Wolin założono osadę Jomsborg, czyli dzisiejsze miasto Wolin. Zbudował ją jarl Palnatoki, a dosięgała ponoć otwartego morza (do Bałtyku jest - bagatela - 34 km...). 
Podanie głosi, że Jomsborg był bazą wypadową, z której Wikingowie udawali się na łupieżcze wyprawy. Według innej hipotezy Wikingowie rezydujący na wyspie Wolin byli kupcami i rzemieślnikami - ich wyprawy miały charakter handlowy, a ponadto w stosunku do Słowian stanowili tutaj mniejszość. 
Kolejny festiwal za rok - komu będzie po drodze, niechaj się zatrzyma! Na Wolińską Kępę można dostać się większym mostem od strony Wolina lub mniejszym (bardziej urokliwym), łączącym wysepkę z wioską Recław. 

wtorek, 4 sierpnia 2015

Hotel-widmo. Dziwnów

Tuż przy niestrzeżonej plaży w Dziwnowie (pow. kamieński) - w kierunku Dziwnówka - stoi opuszczony hotel. Mogłoby się wydawać, że to po prostu wynik jakiejś nieudanej inwestycji - ktoś zaczął coś budować i zabrakło mu kasy, więc pozostawił budynek na wyniszczenie. Tak też myśleliśmy na początku, dając ruinie plus minus 40 lat. Okazało się jednak, że nie mieliśmy racji. Domek można bowiem znaleźć na przedwojennych pocztówkach z Dievenow. Oznacza to, że hotel-widmo pamięta jeszcze czasy niemieckiego solankowego uzdrowiska. 
Od strony morza budynek jest zagrodzony, w dodatku jest tam zejście dla gości hotelowych z innego ośrodka - oczywiście zamknięte na klucz. Od strony miasta hotel-widmo też otacza ogrodzenie i częściowo parking, również dostępny tylko dla gości pobliskiego hoteliku. 

Znaleźć dwa takie miejsca w jednej, w sumie niewielkiej miejscowości - to chyba nie jest przypadek. Założę się, że wybrzeże na Pomorzu Zachodnim obfituje w "poniemieckie" obiekty, którymi po wojnie nikt już się nie zaopiekował.

Może ktoś wie coś więcej o tym dziwnowskim domku? Niestety - poza zamieszczoną niżej pocztówką - nie znalazłam o nim żadnych informacji.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Za fasadą. Dziwnów

Dziwnów (pow. kamieński) to nadmorska miejscowość, jakich wiele nad polskim Bałtykiem. Wzdłuż "głównej" ulicy mnóstwo straganów made in China, stoiska ze śmieciowym jedzeniem, wesołe miasteczko. Warto jednak zajrzeć za fasadę. Tuż za sznurem straganów przy ul. Mickiewicza zobaczycie opuszczony okazały budynek z czerwonej cegły. To przedwojenne niemieckie sanatorium Silvana, jeden z największych domów uzdrowiskowych w dawnym Dievenow. 
W sezonie od frontu budynek zasłaniają częściowo stragany, lepiej przejść na tyły byłego sanatorium (od rzeki Dziwnej). Drzwi i okna na parterze są co prawda zabezpieczone, ale z zewnątrz przedwojenna Silvana prezentuje się bardzo ciekawie. Czuć dysonans - po jednej stronie czerwonej bryły tętniąca wakacyjnym życiem ulica, po drugiej stronie powolny rozpad miejsca, które współtworzyło wypoczynkową historię rybackiej osady Dievenow...

środa, 15 lipca 2015

Kirkut zamknięty na klucz. Lubliniec

Na cmentarz żydowski w Lublińcu (ul. 11 Listopada) niestety nie można wejść. Co prawda przed czerwonym murem, którym otoczony jest kirkut, ustawiono tablicę informacyjną z krótkim rysem historycznym, a na terenie cmentarnym utworzono lapidarium, ale obie bramy są zamknięte. To tłumaczy ilość i jakość zdjęć, które robiłam przez kraty w bramach. 
Dziwne, trochę schizofreniczne działanie - tworzyć lapidarium upamiętniające dawnych mieszkańców miasta, a jednocześnie zabraniać do niego dostępu...
Przez pierwszą bramę można dostrzec chaotyczny stos kamieni, być może z dawnych macew. Przez drugą widać fragment lapidarium, kawałek grobowca rodziny Konigsbergów i obelisk z gwiazdą Dawida na szczycie, złożony z płyt nagrobnych. 

Warto zaznaczyć, że pozostałości po kirkucie znajdują się na niewielkiej przestrzeni dawnego cmentarza. Jego większa część to obecnie siedziba LOK-u. Dopiero w 2008 roku władze miasta postanowiły uporządkować teren kirkutu. Zanim podjęto działania "przywracające kirkutowi należną mu cześć" (cytat z tablicy informacyjnej) po dawnych miejscach pochówku jeżdziły auta ze szkoły jazdy, a na grobowcu widniały antysemickie napisy... :( Może zamknięte furtki są znakiem tego, że kirkut musi być przed kimś broniony?...

niedziela, 12 lipca 2015

Opuszczony Czerwony Blok - szpital psychiatryczny w Lublińcu

Czerwony Blok, czyli blok C szpitala psychiatrycznego w Lublińcu, od 1894 r. funkcjonował jako Zakład dla Idiotów. Mieścił się tu m.in. IX oddział dla "niespokojnych chorych". Obecnie budynek jest opuszczony i przeznaczony do rozbiórki, którą zaplanowano na 2015 rok. Czerwony Dom znajduje się w centrum szpitalnego kompleksu, który nadal działa.
O wojennych dziejach lublinieckiego psychiatryka, w którym przeprowadzano Akcję T4, pisałam już w poście o szpitalnym cmentarzu. Teraz kilka słów o historii powojennej. 

17 stycznia 1945 r. do Lublińca wkroczyła Armia Czerwona. Przed ich nadejściem niemiecki personel szpitala psychiatrycznego zbiegł. Pacjenci zostali pozostawieni bez nadzoru. Można sobie tylko wyobrazić, jak wyglądało miasto pełne obłąkanych... Wkrótce szpital pod polską administracją wznowił pracę. 

Do metod leczenia należały elektrowstrząsy, z których wycofano się dopiero w latach 80. XX w. W tej samej dekadzie zrezygnowano ze stosowania śpiączki insulinowej. W ramach terapii lekami psychotropowymi pacjentom podawano m.in. haloperidol, ze względu na blokowanie motoryki zwany "chemicznym kaftanem bezpieczeństwa". 
W latach 60. XX w. w szpitalu prowadzono eksperymentalne leczenie psychozy maniakalno-depresyjnej poprzez podawanie chorym węglanu litu. Z eksperymentu zrezygnowano z powodu licznych skutków ubocznych, jakie towarzyszyły terapii...

sobota, 11 lipca 2015

Sanatorium śmierci. Lubliniec

W ramach nazistowskiej akcji T4 w latach 1939-1944 wymordowano tysiące osób niepełnosprawnych umysłowo i fizycznie. Akcję prowadzono m.in. w szpitalach psychiatrycznych - także w tym w Lublińcu. Na istniejącym do dziś, ale już nieużywanym cmentarzu należącym do szpitala, znajduje się zbiorowa mogiła 194 dzieci uśmierconych w Lublińcu. Co prawda są tam też groby przed i powojennych pacjentów psychiatryka, ale dziś chcę opowiedzieć przede wszystkim o tych dzieciach. 

Akcją T4 w Lublińcu kierował Ernst Buchalik, ale dzieci kwalifikowała Elisabeth Hecker. Dzieci przywożono tutaj przymusowo, często bez zgody rodziców. Mówiono im, że jadą do sanatorium... Początkowo trafiały do oddziału A, znajdującego się w zamku. Tam Hecker decydowała o losie każdego dziecka - te, które uznała za upośledzone umysłowo lub fizycznie "bezwartościowe", kierowała do oddziału B, kierowanego przez Buchalika. 

Dzieci były kierowane na pneumoencefalografię, polegającą na spuszczeniu z mózgu części płynu mózgowo-rdzeniowego i zastąpieniu go powietrzem - dzięki temu można było wykonać kontrastowe zdjęcie rentgenowskie. Zabieg był bardzo bolesny. "Leczenie" małych pacjentów polegało na podawaniu im podwyższonych dawek luminalu.
Pierwszą reakcją było osłabienie i otępienie, potem pojawiały się wymioty, gorączka, torsje, czerwona piana na ustach, letarg. Śmierć następowała dopiero po jakimś czasie - dzięki temu można było fałszować dokumentację i podawać inną przyczynę zgonu.

Dzieci umierały w męczarniach na oczach swoich jeszcze żyjących koleżanek i kolegów z lublinieckiego sanatorium śmierci. Zdarzało się, że konały na podłodze, nie będąc w stanie doczołgać się do łózka. Po zgonie były grzebane na przyszpitalnym cmentarzu, gdzie dziś znajduje się zbiorowa mogiła. Niektórym preparowano mózgi i wysyłano do badania do Instytutu Neurologii w Breslau (Wrocław).

czwartek, 2 lipca 2015

Szlakiem bachusów. Zielona Góra

Wrocław ma swoje krasnale, a Zielona Góra bachusiki, nawiązujące do winiarskich tradycji miasta. Jest ich tu ponad trzydzieści, chociaż trzeba przyznać, że znalezienie figurek wcale nie jest trudne - najwięcej małych bachusów jest w centrum. 
Dziś pokazuję kilkanaście, wszystkie odwiedzone jednego dnia, w dodatku podczas jednego tylko spaceru z al. Niepodległości do Palmiarni. Uroda ich jest różna - niektóre są naprawdę pomysłowe, inne trochę mniej. Rozsiane po mieście bachusy (jakoś nie lubię zdrobnienia, którym się je określa) to z pewnością urozmaicenie miejskiego pejzażu, a przy okazji próba promocji marki miasta. Moim zdaniem jest ich jednak za dużo na stosunkowo niewielkiej przestrzeni - byłoby na pewno ciekawiej, gdyby odszukanie zielonogórskich bachusów sprawiało większą trudność. 
Ten ze zdjęcia obok, żłopiący wino, znajduje się na początku al. Niepodległości. Oto kolejne: