sobota, 1 października 2016

Krzyże pokutne. Miłków

 Z trzech krzyży pokutnych w Miłkowie (gmina Podgórzyn, pow. jeleniogórski) najciekawszy jest ten najmniejszy (wygląda zresztą na to, że jego podstawa jest złamana). Widnieje na nim ryt miecza, a na ramionach... ryty stóp. Prawdopodobnie są one symbolem zawodu ofiary - szewca. Według innej interpretacji są to stopy rycerza w zbroi, traktowane jako... narzędzie zbrodni. Na tablicy informacyjnej umieszczonej przy krzyżach czytamy: "(...) wzburzony rycerz po cięciu mieczem mógł, będąc w afekcie, zadeptać swoją ofiarę, co przy wadze ówczesnego uzbrojenia nie było wcale rzeczą trudną". Drugi krzyż posiada ryt kuszy. Trzeci nie ma rytu, widoczne jest pęknięcie poniżej ramion. Odkryto go przypadkowo po wojnie, dzięki temu, że z muru kościelnego odpadł fragment tynku. Wszystkie trzy krzyże są wmurowane w zewnętrzną stronę muru otaczającego kościół św. Jadwigi. Pomiędzy nimi umieszczono - moim zdaniem dość niefortunnie - współczesną kapliczkę.

Warto przejść się wokół kościoła z kilku powodów. Oprócz krzyży pokutnych jest tu też pręgierz o wysokości 135 cm. Dawniej był wmurowany w ogrodzenie, o czym świadczą fragmenty mocowania. Zaraz za bramą kościelną kolejne ciekawe obiekty - odrestaurowane epitafia, prawdopodobnie barokowe - putto plus ludzka czaszka równa się barok ;). To nie wszystko - jest tu jeszcze... śmietnik cmentarny. Został zbudowany m.in. z niemieckich nagrobków przedwojennych mieszkańców wsi Arnsdorf (Miłkowa). 

niedziela, 25 września 2016

Zamek Chojnik. Sobieszów

Zamek Chojnik (Chojnasty, Kynast) nigdy nie został zdobyty. Warownię Schaffgotschów położoną na wysokości 627 m n.p.m. zniszczyło uderzenie pioruna w 1675 roku. Już w XIX wieku ruina była popularną sudecką atrakcją - znajdowała się tu gospoda i schronisko turystyczne. Po II wojnie światowej zamek był kilkukrotnie remontowany - teraz (wrzesień 2016) trwa kolejny remont. 

Na Chojnik wchodziliśmy od strony Sobieszowa (dzielnica Jeleniej Góry). Prowadzą stąd dwa szlaki - czerwony i czarny. Szlak czerwony nie jest wymagający - niedawno całą trasę wybrukowano i idzie się tędy jak na spacerku po parku. Zdecydowanie polecamy szlak czarny - wiedzie on przez Zbójeckie Skały i na tym odcinku jest najbardziej wymagający. Jest o wiele trudniejszy niż czerwony, ale także o wiele bardziej malowniczy! Na wysokości Skalnego Grzyba łączy się zresztą ze szlakiem czerwonym. Po przejściu przez Zbójeckie Skały jest już tylko łatwiej. Czas przejścia czarnego szlaku to ok. 45 minut.

Wejście na zamek jest płatne - 6 zł bilet normalny i 4 zł ulgowy (dodatkowo u podnóża góry należy uiścić opłatę za wejście na teren Karkonoskiego Parku Narodowego). Największą atrakcją jest możliwość wejścia na wieżę, skąd można podziwiać zamkowy dziedziniec i panoramę Karkonoszy. 

Zamek ma oczywiście swojego ducha. Jak głosi legenda właściciel zamku powodowany pychą postanowił objechać konno mury warowni. Próba nie powiodła się - pyszałek spadł w przepaść. Jego córka Kunegunda, pogrążona w żałobie, postanowiła, ze odda rękę temu, kto zdoła objechać zamek na grzbiecie konia. Oczywiście wszyscy śmiałkowie ginęli marnie. Razu pewnego zjawił się rycerz, na widok którego serce Kunegundy zabiło mocniej. Rycerz ów dokonał niemożliwego - okrążył konno zamek. Oświadczył jednak księżniczce, że nie weźmie jej za żonę, bo zginęło przez nią tylu nieszczęśników. Rycerz odjechał, a Kunegunda w wielkiej rozpaczy rzuciła się w urwisko. 

piątek, 9 września 2016

Zamek Henryka. Wzgórze Grodna, Marczyce

Wzgórze Grodna o wysokości 506 m n.p.m. to najwyższy szczyt Wzgórz Łomnickich i wzniesienie należące do Korony Sudetów Polskich. Na szczyt prowadzą dwa szlaki: żółty ze Staniszowa i niebieski z Marczyc (gmina Podgórzyn, pow. jeleniogórski). My wybraliśmy szlak niebieski - bardziej wymagający, zwłaszcza w końcowej partii, kiedy podejście wznosi się dosyć stromo. Przy tym szlaku znajdują się skałki - Skalna Ściana i Urwisko. Warto wybrać tę trasę choćby po to, aby zatrzymać się na chwilę na skałce Urwisko - roztacza się z niej piękny widok na zbiornik Sosnówka i Karkonosze. 

A na samym szczycie Grodnej znajdziecie ruiny zamku Henryka. Jeszcze kilka lat temu było to opuszczone miejsce, teraz zamek jest remontowany - w wieży zainstalowano schody, można już wejść na górę (przed remontem schodów nie było). Podczas naszego wypadu remont nadal trwał - w części przylegającej do wieży.
Prace są prowadzone m.in. dzięki opłacie za wstęp na wieżę widokową: 5 zł za bilet normalny, 3 zł za ulgowy. Wieża jest czynna od maja do października od 10:00 do 17:00. 

A cóż to w ogóle za budowla? Przez lata uważano, że zamek został wybudowany jako sztuczna ruina w wyniku rywalizacji między możnymi sudeckmi rodami. Według tej wersji Heinrich von Reuss chciał mieć swoją ruinę - tak jak Schaffgotschowie, którzy byli właścicielami zamku Chojnik. Na początku XIX wieku Chojnik był już po pożarze spowodowanym przez uderzenie pioruna. Zazdrosny Heinrich miał więc w 1806 r. wybudować sobie swoje osobiste ruiny. 

Jednak inna wersja przeczy tej historii. Zamek nie był wynikiem zazdrości, ale został ufundowany jako pawilon myśliwski złożony z wieży pełniącej funkcję punktu widokowego i przylegającej do niej Sali Myśliwskiej. Już po ukończeniu prac (1841) szczyt Grodnej odwiedzali kuracjusze i turyści (gościła tu np. Izabela Czartoryska), jednak jeszcze przed 1939 rokiem zamek został opuszczony. Na szczęście teraz jest ratowany przed całkowitą rozsypką. 

poniedziałek, 5 września 2016

Wodospad Kamieńczyka. Szklarska Poręba

Wodospad Kamieńczyka (846 m n.p.m.) to najwyższy wodospad po polskiej stronie Sudetów - jego wysokość wynosi 27 metrów. Znajduje się na obszarze ścisłej ochrony, na terenie Karkonoskiego Parku Narodowego. 
Wejście do wąwozu jest płatne - 3 zł bilet ulgowy i 6 zł bilet normalny. W miesiącach letnich zejście jest możliwe w godzinach 8:00-20:00, obowiązkowo w kasku ochronnym. 

Chociaż nie jest to górski szczyt, to osoby z lękiem wysokości mogą mieć mały problem - trzeba zejść po wąskiej :platformie, przez którą widać majaczące gdzieś w dole dno skalistego wąwozu...

Podobno za środkową kaskadą znajduje się sztuczna grota - Złota Jama wykopana przez Walonów, którzy przed wiekami poszukiwali tutaj ametystu. Drogocenne kamienie to również motyw legendy związanej z wodospadem. To właśnie ich poszukiwał Kamieńczyk Bronisz - klejnoty miały uzdrowić jego chorą matkę. Otrzymał kamienie od zakochanej w nim rusałki Łabudki i wyruszył do domu, by uleczyć matkę. Obiecał jednak rusałce, że do niej wróci. Po kilku dniach Łabudka ruszyła na poszukiwania Bronisza. Ujrzała, jak śmiertelnik spada w przepaść i skoczyła za nim. Jej siostry tak długo rozpaczały, że z ich łez powstał Wodospad Kamieńczyka.  

Dojście do wodospadu nie jest skomplikowane, a trasa jest w miarę łatwa, chociaż bardzo kamienista - nie porywajcie się tam w sandałkach czy japonkach ;) Początkowo szlak wiedzie łagodnie pod górkę, ale przy samym dojściu do wodospadu robi się już trochę stromo. Czas dojścia z parkingu w Szklarskiej Porębie to około 30 minut. Do Kamieńczyka prowadzi szlak czerwony w kierunku Szrenicy - odcinek Głównego Szlaku Sudeckiego. 

Miejsce jest po prostu baśniowe - nic dziwnego, że właśnie tutaj nagrywano sceny do filmowej adaptacji Opowieści z Narnii. Po obejrzeniu Kamieńczyka z dna wąwozu można jeszcze wejść na platformę widokową przy schronisku Kamieńczyk, a stamtąd podziwiać najwyższy stopień wodospadu.

środa, 31 sierpnia 2016

Krzyż pokutny i chłopcy bez głów. Ochla

Historia krzyża pokutnego w Ochli (od jakiegoś czasu należącej do zielonogórskiego Nowego Miasta) jest dosyć dobrze opisana. W 1604 roku Adam von Unruh zamordował Bartela Vettera, pasterza owiec. Żona owczarza zażądała zadośćuczynienia w wysokości 2000 talarów. Sędzia jednak okazał się stronniczy - von Unruh nie był byle kim - to ówczesny właściciel części Ochli.

Pani Vetter, w obawie, że von Unruh zaszlachtuje również ją, salwowała się ucieczką do Krosna. Sprawa nadal się toczyła. Wreszcie wdowie udało się wyegzekwować 1000 talarów. Gdy von Unruh - jak głosi legenda - pojawiał się w pobliżu grobu Vettera, ów grób zaczynał krwawić. Według drugiej wersji mordercą pasterza nie był von Unruh, lecz inny właściciel Ochli - von Rothenburg.

Krzyż znajduje się po lewej stronie schodków prowadzących na teren kościoła parafialnego Najświętszej Trójcy - za słupkiem i płotkiem wytyczonym wzdłuż schodów. Z ulicy jest praktycznie niewidoczny, zasłaniają go krzewy, przez które zresztą trzeba się przedrzeć, żeby podejść bezpośrednio do krzyża. 

Warto przy okazji podejść pod kościół i obejrzeć renesansowe płyty nagrobne. Największa przedstawia rycerza von Knobelsdorff. Trzy mniejsze to sylwetki dziecięce - Sigmunt, Friedrich i Casper von Knobelsdorff.

Chłopięce wizerunki zostały pozbawione głów - to częste na ziemiach poniemieckich... Przypomnijmy sobie chociażby bezgłowe rzeźby przy kaplicach grobowych w Jeleniej Górze, egzekucję na von Lachmannie i czuwającym przy nim aniele z mauzoleum w Jałowcu albo alegorię nadziei przy kościele w Kościelnikach Średnich. Można tylko przypuszczać, że za takie dekapitacje odpowiada albo Armia Czerwona przechodząca przez Dolny Śląsk w 1945 roku, albo też polscy osadnicy przesiedlani po wojnie na tzw. Ziemie Odzyskane. 

niedziela, 28 sierpnia 2016

Cmentarz na Sokolej Górze. Łagów Lubuski

Łagów Lubuski po raz trzeci na blogu. Jezioro Łagowskie i Trześniowskie oraz zamek Joannitów to miejsca, których nie da się tutaj nie zauważyć i nie da się ich ominąć. Tymczasem to, co interesowało nas najbardziej - stary cmentarz ewangelicki - jest ukryte i opuszczone. Podczas naszej wizyty nie było tu żywej duszy. 

Cmentarz znajduje się na szczycie gęsto zalesionej Sokolej Góry. Nie widać go ani od strony miejscowości, ani z zamkowej wieży, ani ze ścieżki spacerowej wytyczonej wzdłuż brzegów Jeziora Trześniowskiego. 
Najłatwiej dostać się tutaj, wchodząc na teren rezerwatu przyrody Buczyna Łagowska - wejście znajduje się za parkiem zamkowym, po lewej stronie wieży. Kilkadziesiąt metrów za bramą prowadzącą do rezerwatu znajdziecie murowane schodki - po lewej stronie ścieżki. Prowadzą właśnie na niemiecki cmentarz. 

Cały teren jest bardzo zaniedbany. Natura robi swoje - nagrobki są powoli pożerane przez zieleń. Mimo to łagowski cmentarz robi duże wrażenie. Jest dosyć rozległy i bardzo ciekawy. Coś, czego nie da się przeoczyć, to grupa nagrobków przypominających pieńki drzew - z oddali wyglądają po prostu jak część lasu. Na wielu grobach zachowały się zdobienia i symbole (np. coś, co przypomina masoński cyrkiel na największym grobowcu), na niektórych widać imiona i nazwiska zmarłych oraz daty narodzin i śmierci. 

Przy wejściu na cmentarz znajduje się głaz z napisem w języku polskim i niemieckim: "Pokój zmarłym, pokój żywym. 22.05.2012". Miał to być pewnie znak pamięci o niemieckich mieszkańcach przedwojennego Łagowa. Niestety na ustawieniu kamienia się chyba skończyło, bo stan cmentarza jest fatalny. 

środa, 24 sierpnia 2016

Rycerz w Płomieniach. Zamek Joannitów w Łagowie Lubuskim

Najbardziej charakterystyczna budowla Łagowa Lubuskiego znajduje się na przesmyku między Jeziorem Trześniowskim i Łagowskim. To zamek Joannitów, którego dzieje sięgają 1350 roku. Dziś niestety mieści się w nim hotel - niestety, bo z tego powodu komnaty nie są dostępne do zwiedzania. Można natomiast wejść na wieżę i zobaczyć oba jeziora z lotu ptaka. 

Joannici (a właściwie Suwerenny Rycerski Zakon Szpitalników Świętego Jana) zostali oficjalnie uznani za zakon w 1113 roku. Zawiązali się na terenie Palestyny - ich zadaniem była obrona terytorialna, ale też konwojowanie kupców i pielgrzymów przybywających do Ziemi Świętej. Zakon miał charakter międzynarodowy - przyjmowano w jego szeregi szlachetnie urodzonych rycerzy bez względu na narodowość, co odróżniało joannitów od Krzyżaków. Co ciekawe, joannici działają nadal (z siedzibami w Rzymie i na Malcie) - obecnie zakon liczy ok. 10 000 członków, w tym 450 Polaków. Zakon posiada własną walutę (scudo), emituje własne znaczki pocztowe, przez ponad sto państw jest uznawany za samodzielny podmiot prawa międzynarodowego, działa jako obserwator ONZ, UNESCO, UNICEF.

Na ziemiach polskich joannici znaleźli się w XII wieku. Gdy w 1350 roku rozpoczęli budowę zamku w Łagowie, miejscowość znajdowała się na terenie niemieckiej Brandenburgii. Ich zadaniem było m.in. konwojowanie kupców pruskich podróżujących między Marchią Brandenburską i Wielkopolską. Do dziś po dwóch stronach zamku zachowały się dwie bramy obronne - Brama Marchijska i Brama Polska.W XIX wieku zakon działający na terenie Prus został skasowany, a jego dobra - w tym łagowska warownia - zostały przejęte przez państwo.

Zamek w Łagowie ma oczywiście swojego ducha. W XVI wieku część zakonników przeszła na protestantyzm. Reformatorem zakonu był komtur łagowskiego zamku, Andreas von Schlieben. Jako pierwszy z joannitów złamał śluby czystości, zawierając w 1544 roku związek małżeński. Nie wszystkim zakonnikom było to w smak - możliwość zawierania małżeństw mogła sprawić, że dobra joannitów ulegną rozdrobnieniu i podziałowi.  Niedługo po zaślubinach von Schliebena zgromadzenie zakonne oficjalnie zniosło celibat. 

Pomimo decyzji zgromadzenia Andreas i tak został skazany na wieczne potępienie. W 1571 roku komtura zamordowano. Jego duch - znany jako Rycerz w Płomieniach albo Płomienny Rycerz - błąka się do dziś po zamkowych komnatach. Ukazuje się jednak tylko wiosną i latem, zazwyczaj podczas burzy, w dodatku tylko mężczyznom.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Jezioro Łagowskie i Trześniowskie. Łagów Lubuski

Z jednej strony Jezioro Łagowskie, z drugiej Trześniowskie, a pomiędzy nimi niewielki, ale piękny Łagów Lubuski (gmina Łagów, powiat świebodziński). To miejsce potrafi zauroczyć!

Oba jeziora leżą na terenie Łagowskiego Parku Narodowego, oba są też polodowcowymi jeziorami rynnowymi. Oznacza to, że powstały w miejscu rynny polodowcowej i stąd ich kształt - wąskie, ale długie. Jezioro Trześniowskie (znane też pod nazwą Ciecz) jest jednym z najgłębszych jezior w Polsce: głębokość sięga prawie 60 metrów. 
Zachwycające krajobrazy w połączeniu z ciszą i spokojem, a do tego niezwykle czysta, wręcz krystaliczna woda - warto tu przyjechać! Jeziora jeziorami, ale będąc w Łagowie trzeba jeszcze zahaczyć o zamek Joannitów i ukryty w lesie cmentarz ewangelicki. Ale o tym następnym razem... 

czwartek, 18 sierpnia 2016

V3 - cudowna broń Hitlera. Poligon doświadczalny w Zalesiu

Eksperymentalna broń V3 miała posłużyć III Rzeszy do zbombardowania Londynu z francuskiego wybrzeża. Jeden z poligonów doświadczalnych "cudownej broni" - wunderwaffe - mieścił się w niewielkim Zalesiu na Pomorzu Zachodnim (gm. Międzyzdroje, pow. kamieński). Eksperymenty nad unikatową bronią prowadzono tu od marca 1943 do lutego 1945. 

V3 to działo wielokomorowe kalibru 150 mm wystrzeliwujące pociski, którym przyspieszenie nadawały eksplozje zachodzące w komorach na ładunek prochowy. Ładunki były rozmieszczone w ramionach działa rozmieszczonych co 3 metry wzdłuż lufy - ze względu na jej kształt badania nad prototypową bronią otrzymały kryptonim "Stonoga". W czterdziestu komorach mieściło się 200 kg prochu. Zasięg pocisków wynosił ok. 130 km - te, które testowano w Zalesiu, wystrzeliwano do Bałtyku, w kierunku Kołobrzegu. Pociski miały długość 3 metrów, ważyły 140 kg, a prędkość, jaką osiągały, to 1500 metrów na sekundę, co oznacza... prędkość ponaddźwiękową!  Pocisków V3 nie dało się zestrzelić ani wykryć za pomocą ówczesnych systemów radarowych.  Do obsługi jednego działa V3 potrzebnych było 150 żołnierzy.

Wystrzelenie gigantycznego pocisku z tak wielką prędkością wymagało wykorzystania odpowiedniej wyrzutni. W Zalesiu na wyspie Wolin były trzy takie wyrzutnie zamontowane na stoku wzgórza, każde o innej długości i kącie nachylenia. Najkrótsze mierzyło 60 metrów, kolejne 120 i 130 metrów. 

Pierwszą wyrzutnię - stanowisko ogniowe o konstrukcji stalowo-drewnianej - Niemcy zdemontowali w 1944 r. i przewieźli w Ardeny, skąd oddali ponad 150 strzałów w kierunku węzła kolejowego pod Luksemburgiem - to jedyne udokumentowane zastosowanie bojowe wielokomorowego działa V3 podczas II wojny światowej.
Pozostałe dwie wyrzutnie były wsparte na żelbetowych podporach dla lufy działa - elementy tych konstrukcji zachowały się do dziś (w najlepszym stanie jest stanowisko drugie).

Po przeprowadzonych próbach stwierdzono, że działa są gotowe do użycia - tak się jednak nie stało, w lutym 1945 do Zalesia wkroczyli Rosjanie i zajęli poligon. Zaraz potem wojna się skończyła. Rosjanie jednak nadal testowali V3, tak samo jak Amerykanie. Jedni i drudzy zarzucili prace nad bronią, uznając jej użycie za nieopłacalne.

To jednak nie koniec historii działa wielokomorowego. W 1990 roku podobną konstrukcją dysponował Saddam Husajn. Z odnalezionej przez Amerykanów dokumentacji wynika, że konstruktorzy Saddama posługiwali się niemieckimi planami z 1944 roku. Działa ustawione pod Bagdadem miały służyć do ostrzeliwania Tel Awiwu. Akcja pod kryptonimem "Baby Babilon" nie powiodła się - broń zbombardowali Amerykanie.

Zalesie czeka na kolejne odkrycia. Co prawda jest tu maleńkie muzeum V3 urządzone w dawnym schronie amunicyjnym, ale pod wzgórzem prawdopodobnie są jeszcze bunkry - koszary niemieckiej załogi, która liczyła ponad 500 żołnierzy. Poligon znajduje się jednak na terenie Wolińskiego Parku Narodowego, a więc jakiekolwiek prace zmierzające do odsłonienia domniemanych podziemnych koszar są na razie niemożliwe.